Wielki Czarny Smok

Listopad 24, 2010

Fruń, wyobraźnio!

Filed under: Historia właściwa — wroobel @ 2:45 pm

Mini Prolog

To nie był dobry dzień dla Wielkiego Czarnego Smoka imieniem Topór… Od świtu słońca szykowało się coś w powietrzu, coś co powinno zwrócić uwagę Topora, ale niestety, tak się nie stało. Powód był prosty: mimo majestatu i rozsiewanej wokoło grozy, Wielki Czarny Smok Topór był skończonym debilem.

Kłopoty się zaczęły razem ze śniadaniem – Topór był przekonany, że co najmniej jedna z pół tuzina owiec, które pożarł jako pierwszy posiłek, była padliną. I to kilkudniową. Chcąc zgasić symptomy radosnego skrętu kiszek, smok rzucił się do koryta i upił całkiem sporo zaśmieconej wody z Rzeki Wiadomej… jak można było się spodziewać, śmierdząca woda w połączeniu z mięsem owcy, która od tygodnia pasła się w raju dla niewinnych owieczek spowodowała, że radosny skręt kiszek zmienił się w huczny karnawał, który jako główny szlak przemarszu obrał sobie jelito cienkie nieszczęsnego smoka. Dosyć, że kiedy królestwo budziło się z nocnego snu, Wielki Czarny Smok, wizytówka i postrach okolicznych ziem, tarzał się z bólu po łące i czekał na leki na niestrawność. Kiedy, po wielkich bólach i godzinach wrzasków i płaczów Topora (które spowodowały niesmak i obrzydzenie mieszkańców królestwa), wielki sztorm w trzewiach bestii zmalał do łagodnej, aczkolwiek z deka śmierdzącej bryzy; kiedy Topór otworzył jedno oko, a potem drugie, żeby zobaczyć, czy otwarte jest to pierwsze – zadrżał, gdyż zobaczył przed sobą Dziewicę.

Dziewica miała sześć stóp wzrostu i ważyła co najmniej tyle, ile okoliczne jabłonki. W jednej dłoni trzymała ognisty miecz, a w drugiej – wielorzemienny bicz.

– Czego? – jęknął Topór – Nie widzisz, babo, żem kontuzjowany?

– Skontuzjować to ja cię mogę, O Bestio – mimo prostackiego wyglądu i dosyć skromnego zasobu słownictwa, Dziewice miały zdumiewający zwyczaj posługiwania się staroświecką, dostojną terminologią imion i ich zastępników – Robota jest.

– Eee…? – zapytał smok. Ostatnie ‚e’ wydusił jak umierający dziadek i nie wyobrażał sobie możliwości pracy na kontrakcie dla Gildii Dziewic. Nie w tej chwili. – Jutro, co? Zgódź się, proszę…

– NIE!!! – huknęła przedstawicielka płci.. przeciwnej. – NIE!!! – huknęła ponownie i Wielki Czarny Smok miał wrażenie że znalazł sie w samym centrum deszczu meteorytów. – Nasza Starsza została obdarzona wizją.

Mimo obolałego żołądka, gardła i każdej pojedynczej łuski Topór dźwignął się na wszystkie łapy. Może i był idiotą ale nie aż tak wielkim, żeby stawiać się Starszej Dziewicy, zwanej Dwie Setki: miała sto lat i ważyła sto kilo. Miała też podobno stu mężów, ale nikt nie znalazł kosteczek nawet jednego z nich, więc oficjalnie Starsza Dziewica co roku wysyłała Króla Lata na wakacje za ocean. W praktyce nie jechały tam nawet jego prochy.

– Czego chce Dwie… yyy… Starsza? – spytał ostrożnie smok.

– Leć na południe. Szukaj wieży. Krąż wokoło aż… bedziesz wiedział, ze możesz wracać. Uważaj na skarb, który przyniesz na grzbiecie. Nie zrzuć go i pielęgnuj bo zaiste cenną rzecz do Królestwa przyniesiesz… I nie jedz rano owiec… biegłam najszybciej jak mogłam – usprawiedliwiała się Dziewica, widząc spojrzenie Topora i na wszelki wypadek ostrożnie się wycofując. – Leć, bo im szybciej wylecisz tm szybciej wrócisz. LEĆ!!

Bardziej z obawy o stan bębenków niż z bólu na wskutek smagnięcia nahajką, Wielki Czarny Smok przyszykował się do startu, rozkłądając błotniaste skrzydła i wypuszczając ostatnie gazy na niczego nie spodziewającą się Dziewicę…

—————————————————————————–

Mini Rozdział I

Po dziesięciu godzinach bezustannego lotu, jedzenia mew w locie i problemów z warczącym żołądkiem, do dostojnego, aczkolwiek zakutego łba Wielkiego Czarnego Smoka, powoli i nieubłaganie docierała świadomość faktu, że został – delikatnie mówiąc – wydymany.

W jedenastej godzinie Topór już miał pewność: jego wyprawa była wyprawą po nic. Leciał na południe wciąż i wciąż, mijając nieznane krainy, od czasu do czasu siejąc postrach wśród tubylców. W zasadzie, poza rozpędzeniem bandy frajerów w szarych płaszczach (smok pamiętał tylko, jak jeden knyp błysnął mu w ślepia pochodnią albo latarką, pamiętał też smętne „elbereeeeeth”, jakie wydarło się z paszczęki pokurcza, gdy ten szybował na dno żołądka Topora) – poza tym jednym wydarzeniem, cała podróż była męcząca, nudna i wydawała się nie mieć końca… bo ileż można lecieć nad otwartym morzem i nie widzieć drugiego brzegu?!

W dwunastej godzinie, wszystkie smocze przekleństwa już dawno przebrzmiały w paszczy Wielkiego Czarnego Smoka. Klął siarczyście i długo, pluł przed siebie i warczał, a przy każdym większym uronionym glucie, stworzenia na dole zastanawiały się, jaki stwórca obdarzył ich tak miękkim gradem? Klął i… leciał dalej, bo nie miał zamiaru zadzierać z Dziewicami. Zastanawiał się tylko, dlaczego gildia wysłała go w tą bezsensowną podróż. Kiedy podpadł? Komu? Co zrobił? I czym były koty królowej Beruthiel?? Wszystkie te pytania nurtowały poważnie Topora, ale kiedy próbował na nie znaleźć odpowiedź, przypominał sobie, że jest debilem i kończył rozważania. Status skretyniałego gada niezwykle mu pasował. Nie znaczy to, że wybrał taki stan z wyrachowania: smok po prostu był głupi i umiał sie z tego cieszyć.

„Cholerny świat… Co robię nie tak??”, myślał Topór.” Dzień poprzedni skończył się dobrze… no, poprawnie. Ranek był, co prawda, koszmarny, ale i tak nie wskazywał niczym faktu, ze Topór będzie rozsiewał zarazki ze swojej paszczy dziesiątki mil na południe od rodzinnych śmieci. Nie było widać żadnego celu i nic nie wskazywało na to, że lot ma się ku końcowi. Wrócić jednak nie mógł, gdyż wiedział, że po kilku godzinach garbowania skóry przez bandę krwiożerczych Dziewic z Wielkiego Czarnego Smoka zostałaby Mała Kupka Nieszczęścia, a zmiana w takową nie wydawała się Toporowi najlepszą alternatywą. „Biedny, mały ja”, siorbnął nosem smok. „Dlaczego niektórzy zawsze żeglują pod wiatr? było tak pięknie: kolacja, spanko, śniadanie, spanko, kolacja, spanko i czasem jakaś robota do wykonania… A teraz napieprza mnie łeb , śluzówki mam jak popielniczki, żołądek tańczy pogo, a skrzydła, gdyby tylko mogły, odpięłyby się ode mnie i spuściły niezłe manto. I jeszcze jakieś cholerne babsko.. przepraszam: Dziewica, drze się obok jak stare prześcieradło, wysyła po nieznany obiekt w nieznanym kierunku, a na dodatek straszy mnie szefową, na której widok uciekają nawet ghule z cmentarzy. Gorzej już być nie może…”

– EEEEEEEEEEEEEEEEEEJJJJJJJJJJJ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Ty na górze!!!!!!!! – rozdarł się kilkunastoskalowy sopran parę metrów niżej. Brzmiał tak niewinnie, że Topór zapragnął nagle zmienić się w dywanik pod stopami Najstarszej Dziewicy i nigdy więcej nie słyszeć tego skowytu. Niestety, nie został wysłuchany – ZBLIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻ SIĘĘĘĘĘ – zagrzmiało i Topór już wiedział, że gorzej może być zawsze.

Stwór wyglądał jak Dziewica, był nieco mniejszy, miał wielkie, lśniące głupotą oczy, na głowie miał wianek a w dłoni badyl. Zielony. Niedaleko pasł się baran, który przejawiał wszystkie cechy, jakich baran mieć nie powinien. Przede wszystkim był draniem i to zbyt narwanym. Na razie zajął się tylko przeżuwaniem.

– Czego? – spytał niechętnie Topór

– CZZZZZZYYYYYYYYYY BĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ….. – zaczęła istota, ale smok zaskomlał i plunął ogniem pod nogi dziewczynie. Ta pisnęła i zamilkła, natomiast baran zaczął przyglądać się Toporowi niezwykle podejrzanym wzrokiem.

– Mów, dziecko, ciszej. Powoli. Nie przeciągaj słów. Wyłącz kapitaliki – poradził smok.- Co chcesz?

– Motylki. Deficyt jest na motylki. Chcę motylka, ale nie ma nigdzie. Nieosiągalne. Zaginiony gatunek. Potrzebuję latającego obiektu w celach zastępczych. Do piosenki – wyrecytowała jednym tchem dziewczyna. – Nie mógłbyś ty…? Ej, wszystko gra?

Zdecydowanie nie grało. Toporowi musiały się poluzować zawiasy któreś, bo szczęka mu opadła do ziemi, a powieki podniosły się maksymalnie do góry… ‚To nie zawiasy, to zdziwienie”, przypomniał sobie, ale niewiele to zmieniło w jego położeniu. Stał jak wryty i nie mógł się poruszyć.

– Yyyyy… – zaczął. – Eeeeee… Mooo – to była cała odpowiedź Topora.

– Oj, spetryfikował się – zmartwiła sie dzieweczka. – Beek, interwencja! – rzuciła w stronę barana, który w tym momencie zerwał się i ruszył galopem w stronę smoka. Wielki Czarny Smok, niczym w zwolnionym tempie, patrzył jak rogi barana walą go w prawy bok i zbierają się do powtórki… Niewiele pomogło, ale przynajmniej ozór smoka przypomniał sobie własne przeznaczenie.

– Motylek? – upewnił się

– Tiaa – niepewnie potwierdziła dzieweczka

– Spełniam kryteria zostania motylkiem?

– Nooo… latasz. To dobre kryterium.

– A co z wyglądem? Nie jestem zbyt kolorowy i chyba deko przerośnięty, nie uważasz, dziewczynko?

Dziewczynka wyglądała na strapioną.

– Wiesz, trudno mi powiedzieć, bo nigdy nie widziałam motylka. – przyznała. – Mówiłam ci, że nigdzie żadnych nie ma. A ja obudziłam się wczoraj rano, a w głowie miałam wizję tańczącej siebie z wiankiem i z tym… badylkiem, z barankiem tańczącym przede mną i motylkiem nade mną. Uwierz, nie chcesz wiedzieć, jak przekupiłam baranka, ale to sprośny łotr jest, naprawdę… Ale i tak nic nie zrobię, bo nie mam motylkaaaaaaaaaaaaaa… – rozwyła się – a ta wizja mi spać nie daje i jeszcze muszę śpiewać jakąś debilną piosenkę… szlag by to trafił – zakończyła posępnie.

Topór poczuł się zakłopotany – Nie łam się… obiecuję, że jak zobaczę ślicznego motylka, natychmiast ci go przyniosę. Najsłodszego, takiego super-mega-motylka. Specjalnie dla ciebie.. – urwał, widząc jak dziewczyna macha rezygnująco ręką… – Hej! nie ty masz tylko ciężko… ja już cały dzień lecę bez celu na południe…

– Do Wieży? – przerwała mu od niechcenia żeńska istota

– Wieży? Jakiej Wieży? Daleko? – ożywił sie Topór

– Kilka mil na południe stąd. Jakbyś ze mną nie gadał, już byś tam był. Niby nie wiele, zarośnięta wieżyczka, ale ostatnio jakieś tam błyski się pokazują. Duchy jakieś albo… – zniżyła głos do szeptu – może być, że tam są… SMOKI!!!! Nigdy żadnego nie widziałam, ale podobno to najpaskudniejsze i najwstrętniejsze stworzenia pod słońcem. Uważaj, jakbyś miał na jakiegoś wpaść, bo są podobno wredne i nie znają litości.

– A myślałem, że to ja jestem debilem… życie weryfikuje wszelkie osądy – powiedział Topór do baranka, który wciąż trykał bok smoka. Równie dobrze mógł trykać pas cnoty czeladniczek gildii Dziewic. Prędzej świat by się zawalił, niż na pasie pojawiła się choćby rysa. – Dzięki ci, dziewczyno. Mam nadzieje, że znajdziesz odpowiedniego motyla przed moim powrotem… O, popatrz! – kiwnął łbem w stronę drzewa – tam jest kilka motylków, spytaj, może pomogą…muszę lecieć, pa.

„Jestem zły”, pomyślał, widząc dziewczynę pędzącą w stronę drzewa z gniazdem os. „No, ale przynajmniej nie trafiła na smoka”, zarechotał i poleciał dalej. Wieża pojawiła się nagle: rosła wśród drzew wysoko, niczym wyciągnięty palec środkowy i Topór za żadne skarby nie mógł przypomnieć sobie, co ów symbol oznacza, niemniej jednak uczucie ‚wydymania’ narastało… Już miał lądować pod wieżą, gdy ujrzał nagły ruch w oknie wieży. Obiekt wyleciał z okna i Topór niemal zawył z radości… znalazł to, czego szukał!!!

Tak się cieszył, że nie zdążył zareagować na lot paraboliczny obiektu, ale zdał sobie sprawę z tego dopiero, kiedy ów obiekt gruchnął o ziemię. „Auć”, pomyślał Topór. „To musiało boleć”. Podleciał bliżej. Obiekt okazał się być piękną, dziewicopodobną istotką, piękną nawet jak na smocze kryteria. Dookoła niej zebrało się kilka postaci.

– Nie żyje – jęknęła jedna z nich.

– Och, zaręczam ci, że zyje – stwierdził Topór – Ma złamany kręgosłup, miednice, wstrząs mózgu i krwotok wewnętrzny, ale wciąż żyje. – Skanujące ślepia smoka sprawowały się znakomicie. – Zabiorę ją ze sobą, mam kogoś, kto ją uleczy… chociaż wolałbym tańczyć z gniazdem os niż dać się leczyć Najstarszej… ale cóż, rozkaz to rozkaz… Zostańcie w spokoju drogie stworzonka – powiedział Wielki Czarny Smok, delikatnie chwytając istotkę między kły. I wystartował dumny smok, by skierować się na północ, z powrotem do królestwa, ze swą cenną zdobyczą między kłami, świadom wagi wykonanego zadania, własnej użyteczności i zżerany jednym ważnym pytaniem: czym, do cholery, jest motylek?!

————————————-

Mini Rozdział II

Zgodzicie się zapewne, że w życiu każdego prawdziwego Smoka nadchodzi taka chwila, której nie da się opisać ani jednym ani dwoma słowami. Mało tego! – nie pomogło by tutaj ani pełne zdanie, ani subtelny akapit, ani nawet hiphopowa piosenka. Być może, jeśli Topór miałby sprawnie działającą wyobraźnię, zdołałby zobrazować chwilę obrazkiem. Na obrazku mogłoby być wiadro krwi. Albo kondukt pogrzebowy. Ewentualnie dziecko emo. Niestety, taki sposób postawienia sprawy wymagał uruchomienia zbyt wielu procesów myślowych, a to zupełnie mijało się z celem istnienia Wielkiego Czarnego Smoka, czyli z byciem groźnym i krwiożerczym potworem. Dlatego też jedyne, co pomyslał sobie Topór w momencie przejścia w fazę lotu opadającego, to było słowo zupełnie nienadające się do zaprezentowania go w tak kulturalnie napisanym akapicie.

Właściwie, to słowo nie nadaje się do istnienia w słowniku w ogóle.

Właściwie, to „przejście w fazę lotu opadającego” to daleko idący eufemizm. Topór zwyczajnie spadał.

A najgorsze w tym wszystkim było to, że się kurczył.

*********************************************

Lot powrotny z Wieży miał być zwyczajną rutyną. Co prawda, Topór dźwigał pokiereszowane, dziewicopodobne stworzenie; zdawał też sobie sprawę z tego, że musi lecieć drogą okrężną, aby ominąć podejrzanie głośne i ociekające głupotą indywiduum; ponieważ jednak w słowniku pojęć szkodliwych dla Smoków żaden z tych czynników nie zajmował istotnej pozycji, Topór z lekkim sercem skierował się z powrotem do Grodu. Liczył na sporą nagrodę za wykonanie zadania i chociaż nie myślał tu o jakże pożądanej gratyfikacji materialnej, bo historia nie poznała jeszcze smoka, który miłością do skarbów mógłby mierzyć się z Dziewicami; to jednak leżenie bykiem – czy raczej smokiem – na plaży i pełne pasji angażowanie się w lenistwo miało być dla Topora najcenniejszą nagrodą.

Kłopoty zaczęły się nagle i niespodziewanie, dokładnie jak to kłopoty mają w zwyczaju. Po niecałej godzinie lotu, ciężar dźwiganej przez smoka postaci dziwnie się zwiększył. Początkowo pomogła zmiana miejsca transportu – spomiędzy zębów do prawej łapy. Potem do lewej. Potem do obu naraz. Potem dzielnego posłańca ogarnęła zgroza: piękne stworzonko, chociaż wciąż zmasakrowane i ledwie dychające, stawało się podejrzanie wielkie, a taka sytuacja, dla smoka rozmiarów Topora w mgnieniu oka stawała się przeżyciem traumatycznym. Zgrozę powiększało też gwałtowne przyspieszenie lotu a także zmiana trajektorii na taką pionową w dół. Co prawda, siła rozpędu wciąż sprawiała, że Topór leciał do przodu ale smok musiał z przerażeniem stwierdzić, że różnica pomiędzy lotem a spadaniem bezczelnie się rozmyła. Z tego co było dalej, Topór pamiętał później jedynie migawki. Migawek było kilka a każda z nich była niezmiernie ucieszona możliwością przebicia się przez świadomość Topora dyskotekowym krokiem. Migawki wyglądały mniej więcej tak:

Mig! – powieki smoka się mrużą od nabieranej prędkości; mig! – dziewicopodobne stworzenie już jest o połowę większe niż było; mig! – Topór próbuje załopotać skrzydłami; mig! – Topór orientuje się, że już nie ma skrzydeł; mig! – nazwa niedalekiej wioski zmienia się naprędce na „Smocze Ryki Prawdopodobnie Z Przerażenia”; mig! – dziewicopodobne stworzenie błyskawicznie rośnie jest zaledwie o połowę mniejsze od smoka; mig! – nie! to smok jest już kilkakrotnie mniejszy niż był jeszcze dzisiejszego ranka!; mig! – w niedalekiej przyszłości pobliska okolica zostanie rozpoznana jako „teren o dziewięćdziesięciodziewięcioprocentowym odsetku głuchych mieszkańców” (jeden rybak akurat zanurkował za swoimi sieciami – uratowało mu to słuch, ale i tak nie pożył długo ponieważ został złapany i usmażony przez zupełnie nowy gatunek ryb, które osobiście odkrył; no ale to jest zupełnie inna historia); mig! – czarne łuski Topora odpadają, a z jego pyska wydobywa się coraz bardziej ludzki ryk; mig! – smok ze swoim pasażerem stworzyli jedną formę pędzącą po niebie niczym minikometa, która właśnie osiąga poziom koron drzew; mig! – poziom koron drzew w przerażeniu obserwuje minikometę, której zamiary zmaltretowania liści są nad wyraz jednoznaczne; mig! – zdumiewającym zbiegiem okoliczności wszystkie drzewa rozchylają się na boki, a Topór i dziewicopodobne stworzenie spadają prosto w stronę bagnistego jeziora schowanego w głębi lasu; mig! – Topór jest zaledwie dwa razy większy od swojej pasażerki i wygląda jak człowiek przyprawiony szczyptą przerażenia i półworkiem głupoty; mig! – ŁUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUP PLUSK!
Mig! – Auć.

Auć.

Auć.

Auć? Znacie smoka, który mówi „auć”? Nie? Cóż zapewne dlatego, że w pobliżu „auć” nie było żadnego smoka. Po głębszym wydechu, jezioro wypluło na powierzchnię drobną, pokaleczoną kobietkę i na wpółprzytomnego Topora. Wciąż olbrzymiego, wciąż przerażającego i wciąż niewiele mądrzejszego od raka, który właśnie upodobał sobie stopę Topora jako sparingpartnera do zaciskania nań kleszczy…

Chwileczkę – czy ja napisałem: stopę?

Cóż, warto chyba wspomnieć jedną subtelną różnicę: Wielki Czarny Smok nie był już taki wielki i nie był ani odrobinę czarny.

Co gorsza, zupełnie nie był już smokiem.

———————————————

Mini Rozdział III

Był sobie czarny czarny las.

A w tym czarnym czarnym lesie mieściła się czarna czarna pieczara.

A w tej czarnej czarnej pieczarze żył sobie czarny czarny bandyta.

A przy tym czarnym czarnym bandycie żyła sobie czarna czarna banda.

Czarnych czarnych rozbójników, rzecz jasna.

***

Pech chciał, że to właśnie ci rozbójnicy stacjonowali nad jeziorem, w którym smok wyglądający jak człowiek zanurkował jak perkoz i poszedł na dno jak słoń. I chociaż Pech może twierdzić, że nie, on wcale nie chciał, to jednak właśnie ci rozbójnicy wyciągnęli nieprzytomnych i niefortunnych Ikarów z jeziora. I chociaż Pech będzie padał na kolana i krzyczał, że nie ma z tym nic wspólnego, to trudno nazwać szczęściem fakt, iż Topór i jego towarzyszka trafili na najbardziej krwiożerczych bandytów w promieniu kilkunastu kilometrów. Zemdleliby zapewne oboje ze zgrozy gdyby nie fakt, że wciąż byli nieprzytomni, co przynajmniej ułatwiło im adaptację do nowych warunków – czyli bycia związanym i osapanym przez kilku ospowatych drabów o wspólnym ilorazie inteligencji niewiele tylko przewyższającym IQ rozdeptanego raka. Chęć zemdlenia mógłby u rozbitków również potęgować fakt, że co najmniej dwóch bandytów miało siedem stóp wzrostu i cztery ręce. Wyrażenie „co najmniej” jest tu bardzo adekwatne – najprawdopodobniej jeden z rozbójników miał dwie głowy, co w oczywisty sposób wzmagało chaos rozpoznawczy. W każdym razie, nawet najbardziej uważny obserwator nie byłby w stanie dopasować ilości kończyn do ilości torsów pochylających się nad nieszczęsnymi bohaterami. Oczywiście, należy wziąć poprawkę na bezpieczną odległość, w jakiej nawet najbardziej uważny obserwator musiałby się znaleźć, aby obserwować scenkę. W innym przypadku do kończyn przyspawanych do torsów należałoby doliczyć kończyny oderwane, co znacznie zagmatwałoby i obserwację i liczenie. Wszak przezorność jest domeną królów.

I obserwatorów.

Topór otworzył oczy i zaobserwował dziwną prawidłowość: przemieszczał się. Dlaczego dziwną? Ponieważ przemieszczał się na wysokości pni drzew a nie – jak zazwyczaj bywało – nad ich koronami. Fakt czynności „przemieszczania się” był również dziwny – ludzkie kończyny Topora były przywiązane do podłużnego pala, którego końce dziarsko dzierżyło dwóch (trzech?) osobników o zadowolonych facjatach stada rekinów wrzuconych do jednego kotła ze stadem łaciatych krów. Kiedy Topór naprężył się i zdołał nieco unieść głowę, zobaczył, że w ślad za jego karawaną szła kolejna, składająca się z równie wielo-ręko-głowych postaci w liczbie niewiadomej. Druga karawana transportowała współspadaczkę byłego smoka, jednak ta była troskliwie złożona w naprędce skleconych noszach. „Cóż”, pomyślał Topór, „Nawet barbarzyńcy czują respekt przed rasą dziewicopodobną”. Głowy w górze zbyt długo nie utrzymał, gdyż jedna z kończyn trzymających tykę z Toporem zapragnęła zmienić swoje położenie i troskliwie rypnęła nieszczęsnego smoka w potylicę.

– Le.eee.żeeć – sapnęła głowa odpowiedzialna za rypnięcie. – No.ooo.sik nie.eee po.ooo… po.ooo… zwo.ooo.lił.

Dla tracącego szybko świadomość Topora wypowiedź zabrzmiała równie absurdalnie jak wizja uśmiechniętej Dziewicy wręczającej mu kufer złota. Drugi cios w potylicę skutecznie uciął rozważania smoka na temat wieloznaczności usłyszanych przed chwilą samogłosek. Głowa opadła a Topór po ludzku i zupełnie zwyczajnie stracił świadomość.

**************************************

Podobno są rzeki, w których woda jest tak zimna, że potrafi obudzić zmarłego. Nie wiemy, co prawda, czy takiej wody użyto do obudzenia Topora, ale trzeba przyznać, że zadziałało to nad wyraz skutecznie. Gdyby Topór nie był związany, zapewne skoczyłby na równe nogi, otrząsnął się i w krwiożerczej zadumie spożył na surowo całą gromadkę wpatrujących się weń osobników. Z oczywistych powodów, nie udało mu się tego zrobić. Został odpięty od belki i rzucony na kolana. Mimo ściśle przylegających więzów, udało mu się rozejrzeć po okolicy. Po wstępnej analizie sytuacji nie-Smok naliczył sześć wniosków, a każdy z nich, zwłaszcza w perspektywie kontekstowej całości, prezentował się cokolwiek smętnie.

Jeden. Topór znajdował się w wielkiej, kamiennej jaskini, składającej się z co najmniej trzech lub czterech komór – tyle przynajmniej widział wejść. Dziur w ścianach nie sposób było nazwać „wyjściami” gdyż zablokowane były w całości przez wniosek numer…

Dwa. Głów w okolicy było mnóstwo – niestety, większość z nich znajdowała się na palach lub stosach, co w oczywisty sposób nie polepszało nastroju uwięzionego nie-Smoka. Około dziesięciu czerepów tkwiło dziarsko w przeróżnych szyjach, część z nich gospodarując szyje na użytek własny a część na solidarnie kolektywny. Topór zauważył jednego trzygłowca, dwóch dwugłowców i kilku standardowych jednogłowców, którzy wchodzili do jaskini, wybiegali z niej, wbiegali z powrotem, wychodzili, prezentując przy tym niezwykle szeroką gamę chrząknięć, sapnięć, syków, ryków i siupów które zmieniały się w nieopisaną kakafonię raniącą uszy Topora mocniej niż niedawne (niedawne? a niech to Dziewica pocałuje!) – a przecież tak mocne – spotkanie z Dzieweczką i Barankiem. Grupa zbójców, bez względu na elegancką nieproporcjonalność kończyn w stosunku do ilości łepetyn w grocie skutecznie odcinała możliwość ucieczki obojgu więźniom, co z kolei przypomniało nie-Smokowi o wniosku numer…

Trzy. Księżniczka. Albo królewna. Skarb na pewno. Zdobycz Dziewic. Leżała obok, wciąż na noszach, blada i nieruchoma, z zamkniętymi powiekami. Wyglądała pięknie i tak nieszczęśliwie, że Topór miał ochotę zerwać pęta i podbiec do niej, bez względu na wszystkich wokoło, po czym przytulić i tak już zostać. Z oczywistych względów, chęć altruistycznej pomocy wymieszanej z dziwnym, łaskoczącym odczuciem promieniującym od żołądka bohatera, pozostawała równie odległa dla Topora co nauka tańca dworskiego – nie mniej więzień zaczął się poważnie zastanawiać nad swoim uczuciem, co doprowadziło go do przerażającego wniosku numer…

Cztery. Smok przestał być smokiem. Leciał, leciał i zleciał. Skończyła się wielka siła, wielkie skrzydła i wielka głupota, został wielki strach przed Dziewicami, za to, że nie wywiązał się z kontraktu… chociaż, cholera, jak sobie tak Topór pomyślał, to strach przed Dziewicami mu również mijał… ale dlaczego? Nie-Smok przewrócił oczami, szukając jakby odpowiedzi na okolicznych ścianach, ale nie dostrzegł tam nic poza tubylczą fauną naskalną, która ostentacyjnie ignorowała obecność spętanego jak baleron na święta więźnia. Topór analizował gorączkowo. „Dlaczego? Co zrobiłem, co pomyślałem, gdzie popełniłem błąd? Może uprowadzenie Dziewicopodobnej uruchomiło fatalistyczną machinerię, która ciężko zazgrzytała trybikami i zębatkami i, wyzwalając obłoki kurzu, ruszyła ze zgrzytem w stronę nieznanego przeznaczenia? I… O NIECH MNIE BICZ WIELORZEMIENNY STRZELI! CO JA W OGÓLE WYMYŚLAM?!”. I tak przyszedł wniosek numer…

Pięć. Może i Topór przestał być smokiem, co silnie nadszarpnęło jego zdrowiem emocjonalnym – ale nawet najstarsza Dziewica nie wie jak to się stało, że Topór w ludzkim ciele zaczął myśleć piekielnie logicznie. I chociaż, trudno mu było wypowiedzieć słowo „jentelygentny”, ponieważ mówiło mu to mniej więcej tyle, co myszy polnej zagadnienie zarządzania produkcją fletów poprzecznych – to jednak Topór poczuł się dzięki tej przemianie… o cholera… pewny siebie! Wytłumaczyć tym można brak strachu przed konsekwencją niewypełnionego kontraktu, ale ta pewność stawała się naturalnym stanem szalejącej psychiki nie-Smoka, która rozrastała i uelastyczniała się w każdej sekundzie, poszerzając kąty widzenia, postrzeganie rzeczywistości, zdolność logicznego myślenia oraz namacalny lęk przed tym, co stanęło właśnie przed Toporem, a co było wnioskiem ostatnim o numerze…

Sześć. Wniosek szósty miał około siedmiu cali wzrostu, posągową budową ciała, klatę owłosioną jak sporych rozmiarów kwietnik, twarz prostokątną, nos orli a na swojej jedynej głowie nakrycie przypominające wielki, czarny, odwrócony nocnik z wetkniętym weń białym kaczym piórkiem. Na oko wyglądał sędziwie ale krzepko. W ręku trzymał siekierkę rozmiarów słusznych. Oczy zdradzały wyrachowanie i mądrość – ale nie była to szlachetna mądrość uniwersyteckiego autorytetu, tylko raczej mądrość ulicznego złodzieja, który mówi do ofiary: „o zobacz, samolot leci” – po czym zaaferowaną ofiarę spycha z portowego nadbrzeża, jednocześnie pozbawiając jej sakiewki. Chociaż Topór nie miał zbyt wiele do czynienia z ludźmi, postanowił sobie poczynać ze starcem ostrożnie. A najlepiej nie poczynać w ogóle.

Po dłuższej chwili milczenia, której napięcie zagęściło atmosferę, zupełnie wyciszając dźwięki z otoczenia, zbój przemówił.

– Jam Nosik – zagrzmiało, zatrzęsła się ziemia, a dwugłowce przestały biegać po jaskini, siadając jak na zawołanie pod wielką, skalną ścianą. – Kto jesteście, co robicie na moim terenie i gdzie jest WASZA KARAWANA!!

Trzygłowiec pisnął i wybiegł z jaskini, a nad dwugłowcami podejrzanie zakołysały się stalaktyty, obudzone z wiecznej drzemki nieznośną wibroakustyką.

– Witaj, szacowny eee… Jamnosiku, wielki wodzu – pospiesznie wyrecytował Topór, zachwycając się przy tym własnym wyczuciem dyplomacji. – Nie wiedzieliśmy, że to jest twoje terytorium, spadliśmy sobie z nieba, ale gdybyśmy wiedzieli, że tu stacjonujecie, zapewniam, że spadlibyśmy zupełnie gdzie indziej. I nie mieliśmy karawany, jesteśmy na diecie – dodał Topór niepewnie, próbując sięgnąć do zakamarków pamięci i przeliczyć wszelakie potrawy na literę K, albo cokolwiek co by naprowadziło go na trop tego dziwnego słowa.

– Aha – błyskotliwie odmruknął Nosik, mile połechtany komplementem – A co to znaczy: „spadliście”? Spadanie zakłada przebywanie w chmurach, na smokach lub skrzydlatych jednorożcach. Może też była to magia. Może. Tak. Ale my nie lubimy magii, jest pokrętna i robi z ludzi trupów w zbyt skomplikowany sposób. Ja wolę staroświeckie metody przesłuchiwania więźniów. Na przykład mrowisko albo nadziewanie na pal. – Nagle Toporowi zrobiło się koszmarnie zimno w żołądku – Jaki jest zatem wasz POWÓD SPADNIĘCIA, HMM?

Jeden ze stalaktytów rypnął o posadzkę, wzbijając kłęby kurzu i gruzu, na co wielki i szkaradny dwugłowiec o mocarnych ramionach, jęknął bojaźliwie i na wszelki wypadek zemdlał.

– Y, nasz powód poleciał chyba dalej – ostrożnie kontynuował więzień, usilnie rozpędzając kreatywne myślenie w dziedzinie kombinatoryki. – Zostaliśmy… y… porwani przez smoka, który niósł nas setki mil w powietrzu i … y… dostał kataru w stratosferze i … y … kichnął i … y… wypuścił nas z łap! Tak właśnie było!

– Wypuścił was z łap, powiadasz – spokojnie pogładził siekierkę Nosik – I poleciał dalej? I nie zorientował się, że wypuścił dwa kąski z łapy, nie zawrócił i nie próbował ich odzyskać? – Tu Nosik zrobił efektowną pauzę celem wzbudzenia napięcia. Napięcie przedłużało się, zagęszczało atmosferę, w końcu, do granic rozciągnięte, jęknęło zbolałym głosem, że bardziej już nie może i żeby kontynuować przesłuchanie, co też herszt uczynił. – Myślę, że kłamiesz, ty wstrętny… jak w ogóle masz na imię, więźniu?

– Top… Kazimierz – zająknął się nie-Smok, zupełnie zapobiegawczo stosując ochronę danych osobowych – I nie kłamię – kontynuował, próbując spowolnić zbliżającą się katastrofę ze smutnym finałem z mrowiskiem lub palem w rolach głównych. Albo palem w mrowisku – Ja i … y… ona jesteśmy drobnej postury, więc jak smok kichał to mógł nie zauważyć że wyprostował pazury.

– Drobnej postury? Jesteś prawie taki jak ja, Topkazimierzu – zdziwił się Nosik -A poza tym, może i smoki to wielkie stworzenia, ale przecież nieprzeciętnie inteligentne…

Topór przezornie milczał.

-… cechujące się złodziejskim sprytem…

Cisza.

-… węszące za zdobyczą jak muchy za zgniłym majonezem…

– Majonezem? – jęknął Topór.

– Nie przerywaj! Niech trafi do twojej wiadomości, że smoki to genialne stworzenia, pełne mocy i mądrości, a na dodatek parające się magią!

– O. -Wykrztusił zdumiony nie-Smok – Tak?

– TAK!!! – huknął bandyta i sam się własnego głosu przeraził (a może to było spowodowane jednoczesną utratą świadomości wszystkich pozostałych w jaskini bandyckich indywiduów?), ponieważ ściszył barwę o kilka głośności i kontynuował: – Możesz tego nie wiedzieć, ale ja jestem wielkim znawcą smokologicznym…

Topór zmartwiał, mając jednocześnie wrażenie, że szczęka z głośnym grzmotem opadła na posadzkę.

-… i dlatego poznałem twoje kłamstwa, nędzny Topkazimierzu! Mów teraz prawdę albo zginiecie oboje śmiercią straszliwą! A przynajmniej ty bo twoja towarzyszka już jest jedną nogą po drugiej stronie drzwi Nocy!

Towarzyszka! Topór na śmierć (oj!) zapomniał o ledwie tlącym się życiu, które spoczywało obok wciąż na noszach, życiu pięknym i wzruszającym, chociaż nieco zakurzonym w rezultacie grzmiącej przemowy Nosika.

– Nie! – krzyknął z przestrachem – Jamnosiku! Pozwól mi zobaczyć co się dzieje z Dziewicą!

Nie-Smok miał cichą nadzieję, że jego zdolności lecznicze nie odleciały razem ze skrzydłami i łuską, ale nie mógł tego sprawdzić, będąc na kolanach, związany i wpatrzony w prostokątne oblicze herszta bandytów. Niestety, nie docenił ludzkiej nikczemności. Na dźwięk słowa „dziewica” oczy Nosika zalśniły pożądliwie a na ustach wykwitł niecny uśmieszek.

– Dziewica! A niech mnie murgrabia pocałuje! Co za okaz, co spotkanie! Już dawno nie konsumowałem dziewicy! Cóż, szlachetny Topkazimierzu, dalsze przesłuchanie to tylko nędzne marnowanie czasu! Straż! – tu Nosik rozejrzał się po jaskini i dostrzegł nieprzytomne konsekwencje swoich gromkich słów rozsiane po okolicy – … no dobra, na straż poczekasz tutaj, a ja muszę się spieszyć bo życie w dziewicy już ledwie się tli a szkoda takiego potencjału nie wykorzystać, nie uważasz? Heehehe… he? – urwał nagle, z przerażeniem notując szybko postępujące po sobie wydarzenia.

A działo się rzeczywiście wiele. Przede wszystkim Topora zdławiła wściekłość. Czarna, wielka, furiastyczna wściekłość do całego rodzaju ludzkiego. O to on, Smok w zasadzie, chociaż ciało jakieś ostatnio nie takie, chce dbać o ludzką kobietę, ratować ją od śmierci, a w domyśle, w niedalekiej przyszłości, wspólnie skakać po umajonej łące czy innym zielsku – a tu jakiś człowiek- CZŁOWIEK! – stojący na czele grupy bandytów (a zatem, co logiczne, ma w ręku despotyczną władzę i zrabowane pieniądze) ucieka się do tak perfidnego sposobu na zjedzenie (bo czym innym może być „konsumpcja”?) innego człowieka? I to związanego, nieupolowanego, nie mogącego się bronić! Co za żenada! Nie można do tego dopuścić!

Wściekłość rozpierała go i to w fizyczny sposób. Na dodatek zaczynał czuć się coraz bardziej znajomo. Co prawda, jeszcze nie-Smok zastanawiał się nad urwanym „he” Nosika, ale już zaczynał kojarzyć fakty – i nakręcał swoją furię dalej. I pomagało! Topór rozrastał się, więzy pękały, a na plecach zaczyna pękać mu skóra. Tak właśnie! Zanim oko Nosika zbielało ze zgrozy a trzęsące się kolana rzuciły bandytę na posadzkę, stał przed nim, sapiący z wściekłości, potężny gad. Wielki. Czarny. Smok.

– Ożesz perepeczko – wydukał Nosik, patrząc na zbliżający się rząd zębów i ociekającą śliną paszczę. Sytuacja kończyła się zgoła nieoczekiwanie dla wszystkich postaci dramatu, przynajmniej tych znajdujących się na scenie.

A zatem wprowadźmy kolejną.

– STOOOOOOP!!!! – rozległ się niewyobrażalnie przenikający, wysokooktawowy alt, zlokalizowany gdzieś w okolicy wejścia do jaskini. – Przestańcie natychmiast!!!

Topór się zatrzymał, zdumiony bezgranicznie, po raz trzeci chyba w przeciągu ostatniego kwadransa. Zobaczył, że oczy Nosika zwęziły się i błysnęło w nich zwierzęce przerażenie. Nosik pisnął rozpaczliwie jak kopnięty szczeniaczek i wyszeptał do Topora.

– Słuchaj. Może jednak zdążysz mnie zjeść?

– Kto to? – zdumiony Smok nie nadążał za przebiegiem akcji – Demon?

– Gorzej! – rozpłakał się Nosik – Maryna wróciła!

Blog na WordPress.com.